Czego nauczyła mnie... choroba

Życie mnie ostatnio nie rozpieszcza. Wręcz przeciwnie- zafundowało mi taką lekcję, którą jeszcze długo popamiętam. Choróbsko perfidne i przebiegłe ukrywało się w moim organizmie przez kilka ostatnich tygodni, żeby wreszcie wybuchnąć i pokazać się w całej swojej okazałości. A jak już się pokazało, to dało popalić. I to jak! Bywały momenty, że nadzieja na całkowite wyzdrowienie gdzieś odpływała, zamiast niej płynęły za to łzy bezsilności. Jednak wreszcie, po niemal dwutygodniowej batalii mogę powiedzieć, że wróciłam do świata żywych. Może jeszcze nie w stu procentach, ale to, w jaki sposób czuję się teraz, a jak czułam się dwa tygodnie temu to niebo a ziemia. Bywało ciężko; najgorszemu wrogowi nie życzę tego, co przeszłam ja, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest, że ta choroba przeokropna jednak czegoś mnie nauczyła. Głupota- pomyślicie. A jednak coś w tym jest. W pewnym sensie jestem wdzięczna za to, co mnie spotkało. Bo nareszcie zaczęłam dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam. Miałam masę czasu na przemyślenia, a więc myślałam, myślałam, myślałam... Aż wymyśliłam. Wymyśliłam, że to, w jaki sposób żyłam przez ostatnie kilka miesięcy to nie było życie, jakiego chciałam. Zapętliłam się w swoim dążeniu do perfekcji i sama sobie robiłam na złość. I ta choroba jest tego mojego robienia sobie na złość najlepszym przykładem. Staram się jednak z każdej niedogodności wyciągnąć wnioski. A więc czego nauczyła mnie choroba?

...że tak naprawdę jestem słaba

W obliczu choroby nie ma mocnych. Przyznam szczerze, że choruję raczej rzadko, a jeśli już, to łapię tylko jakieś drobne przeziębienia, które po kilku dniach mijają. Jak to mówią, złego diabli nie biorą. Dlatego i tym razem byłam pewna, że to tylko jakaś pierdółka, która niedługo przejdzie, bo przecież ja nigdy nie choruję dłużej niż tydzień. Niestety, moja nadmierna pewność siebie okazała się dla mnie zgubna. Za bardzo wierzyłam w to, że wszystko przetrzymam. Przecież byłam taka silna, taka odporna! Przecież jestem hardcorem, prawda? Choroba szybko wyprowadziła mnie z błędu. Nie, nie jestem silna. Jestem słaba, bardzo słaba. I muszę wreszcie zadbać o najważniejszą osobę w moim życiu, osobę, która będzie ze mną całe życie, która będzie mi towarzyszyć zawsze- mnie samą.

Leżąc w pozycji horyzontalnej naszła mnie chęć na zdjęcia, ale z braku siły (i możliwości) musiałam fotografować to, co akurat pod ręką; więc tak oto powstały te asymetryczne zdjęcia- tu: żyrandol widziany z pozycji leżącej

...że muszę zacząć dbać o siebie

Ten podpunkt właściwie łączy się z poprzednim. Przez ostatnie kilka miesięcy wyrabiałam 300% normy. Prawie nie odpoczywałam. Pracowałam, planowałam, przygotowywałam. Kiedy znalazłam jakąś trwającą nanosekundę chwilę dla siebie, to czułam wyrzuty sumienia, że nie robię nic produktywnego. Że powinnam wziąć się w garść. Wziąć się do roboty. Gardziłam sobą. "Jeśli tego nie zrobisz, to jak osiągniesz sukces? Będziesz nikim. A tego chyba nie chcesz?"- takimi myślami obarczałam sama siebie. Każda drobna przyjemność była nie do przyjęcia. Katowałam się myślami, że niczego w życiu nie osiągnę, jeśli nie będę ciężko pracowała. Nie dawałam swojemu organizmowi szansy na regenerację. Nie dawałam szansy SOBIE na jakiekolwiek szczęście. Ale to już za mną. Zrozumiałam coś bardzo ważnego- że jeśli ja o siebie nie zadbam, nie zrobi tego nikt. Tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje szczęście, za swoje życie. Pomyślicie- taka stara, a dopiero teraz to zrozumiała. Ja odpowiem: lepiej późno niż wcale. Bo musicie mnie zrozumieć: jestem typem "kobiety- harpagana", która daje z siebie wszystko, nie zważając na konsekwencje- coś w stylu po trupach do celu. Rzadko się poddaję, a jeszcze rzadziej okazuję słabość. Słabość dla mnie= przegrana, więc osiągnęłam naprawdę ogromny progres przyznając się do tego, że jestem słaba i muszę zacząć mieć na uwadze swoje zdrowie, a nie dążyć do celu za wszelką cenę. Uspokoiłam się. To ma też związek z następnym punktem...

zainspirował mnie też wzór na podkładce pod kubki

...że muszę częściej odpuszczać

Ileż razy powtarzałam sobie: nie musisz się na wszystkim znać, pozwól sobie na błąd, przecież nikt nie jest idealny. Tak, tak, powtarzałam... Ale powtarzanie to jedno, a stosowanie w praktyce drugie. Perfekcjonizm- to chyba moja największa wada (zaraz obok oślego uporu). Zawsze staram się wszystko robić na 100% (zresztą już nie raz o tym wspominałam), ale właśnie zrozumiałam, że to chyba jednak nie prowadzi do niczego dobrego, bo często zamiast docenienia mojej pracy dostaję przysłowiowego kopa. Po co więc wypruwać sobie flaki? W imię czego? Równie dobrze można dawać 70% i cieszyć się lepszym zdrowiem. Nie mówię, że od razu, jak rażona piorunem, zacznę stosować tę zasadę, bo z perfekcjonizmu wyjść niełatwo (jak z prawie wszystkiego z końcówką -izm), ale tym razem dam z siebie 100% w dążeniu do pozbycia się tej ciągłej chęci do bycia we wszystkim najlepsza. 

oraz asymetria na ścianie

...że muszę pozwolić sobie na przyjemności

Nawet te najdrobniejsze, zwyczajne, codzienne. Zacząć doceniać najmniejsze sukcesy. Przestać się katować. Wypić w spokoju ulubioną kawę, przegryzając ogromnym kawałkiem czekolady i nie mieć wyrzutów sumienia. Leniuchować przez pół dnia w domu oglądając filmy bez powtarzania sobie: rusz się, musisz coś zrobić. Iść na spacer i nie przejmować się, że nie robię nic produktywnego. Po prostu żyć.

Czasem dobrze jest dostać tego przysłowiowego kopa w dupę, który mimo, że przez chwilę boli, to pomaga nam przejrzeć na oczy. Dla mnie takim kopem była choroba, dzięki której zrozumiałam, że wszystkie te pseudo rady, jak być silną, niezależną i niezastąpioną kobietą są tak naprawdę gówno warte. Teraz już wiem, że nie warto wypruwać sobie flaków, żeby komuś udowodnić, że da się radę. Warto za to żyć dla siebie i się tym życiem cieszyć. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Co mnie wkurza jako fotografa

Wielkanoc bardzo po mojemu, czyli Easter is coming!