Przygoda (czyli ja) w Hiszpanii cz. 2

Cześć!
Nie zwykłam zaczynać wpisu w ten sposób, bo zawsze uważałam, że tak zaczynają osoby, którym brakuje pomysłu na odpowiedni wstęp, ale jako że ostatnio łamię wszelkie zasady (także te swoje), tak dzisiaj poczułam chęć na takie właśnie lekkie i niezobowiązujące przywitanie (bo przecież kto mi zabroni?). Właściwie skoro to wpis o Hiszpanii, to powinnam zacząć słynnym Hola! (koniecznie z odwróconym wykrzyknikiem na początku wyrazu, którego jednak za Chiny nie mogę znaleźć na klawiaturze) i uśmiechnąć się od ucha do ucha, właśnie tak, jak robią to Hiszpanie, nawet w stosunku do zupełnie obcych im osób. My, Polacy, raczej nie zwykliśmy tego robić, więc kiedy tylko przekraczamy granicę Hiszpanii i słyszymy tego typu pozdrowienie z ust przechodniów, najpierw jesteśmy zaskoczeni (ej, czemu on się do mnie odezwał?), potem zaczynamy się do tego przyzwyczajać, a na końcu sami odczuwamy nieziemską frajdę z pozdrawiania nieznajomych na ulicy i radosnego machania do nich (odmachał mi, ale super!)- przynajmniej w moim przypadku tak właśnie było. Tak więc witam się dzisiaj z Wami iście po hiszpańsku (pewnie tego nie widzicie, ale uśmiecham się do Was przez ekran komputera) i zapraszam na drugą część wpisu o Hiszpanii.

LOT SAMOLOTEM
Kiedy tylko ulokowaliśmy się w samolocie, nastąpiła chwila zawahania. Nawet mimo tego, że miałam niesamowite wsparcie, to mój organizm zaczął się buntować: na dłonie wystąpił pot, serce zaczęło bić jak szalone, a mięśnie zostały postawione w stan najwyższej gotowości.
Tymi słowami zakończyłam ostatni wpis. Co było dalej? Śpieszę z odpowiedzią.

Krótko mówiąc, tuż przed startem nastąpił wyrzut adrenaliny. Już teraz wiem, jak czują się ludzie w chwilach zagrożenia, bo ja wtedy czułam się tak samo. Pomimo tego, że byłam przekonana, że nic złego stać się nie może, to mój organizm poczuł się nieswojo. I wcale mu się nie dziwię, robiąc coś po raz pierwszy, zawsze odczuwa się pewien dyskomfort. Jeśli już o dyskomforcie mowa, to jest to słowo, które idealnie określa moment startu samolotu. Nagłe przyspieszenie na pasie startowym i potem szybkie unoszenie się w powietrze może spowodować niemałe spustoszenie w naszym żołądku (więc jeśli macie wrażliwe żołądki, to przed startem lepiej nie jedzcie za dużo). Ja chciałam doświadczyć każdej najmniejszej chwili z tego lotu, więc nie pozwoliłam sobie na zamknięcie oczu czy ułożeniu głowy na zagłówku, choć teraz już wiem, że jest to dobry sposób na uniknięcie mdłości i uczucia "luźnej głowy" (polecam). Gdy tylko samolot ustabilizował swoją pozycję poczułam ulgę, jednak adrenalina nadal krążyła sobie swobodnie w moich żyłach. Każdy ruch, każdy skręt, każda  prośba pilota o zapięcie pasów były dla mojego organizmu sygnałem, że coś się dzieje i pretekstem, by znów zacząć panikować. Po jakimś czasie wszystko jednak ustąpiło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, głównie dzięki widokowi, jaki ujrzałam z okna samolotu. Jak już wcześniej wspomniałam, wylatywaliśmy z Poznania, gdzie pogoda była naprawdę niewdzięczna: było pochmurno, wietrznie i deszczowo. Jednak gdy tylko samolot uniósł na tyle, by przedrzeć się przez warstwę chmur, oczom naszym ukazały się takie oto wspaniałości:



I jak tu nie kochać latania? Naprawdę warto pokonać strach, żeby potem móc podziwiać Ziemię z zupełnie innej perspektywy (myślę, że dzięki temu przeżyciu nie tylko na Ziemię spojrzałam z innej perspektywy, ale także na swoje życie). Ja zakochałam się w tym widoku i dalsza część lotu przebiegała już w zupełnie innej atmosferze. Stres odpuścił i nie pozostawało mi nic innego, jak tylko cieszyć się chwilą i czekać na swoje wymarzone wczasy. Cały lot trwał 3 godziny i w pewnym momencie wyluzowałam tak bardzo, że zaczęłam się nudzić i (o dziwo!) mogłam nawet spokojnie oddać się lekturze. Ocknęłam się dopiero przy lądowaniu, bo jest to chyba najlepszy moment całej wyprawy samolotem. Kiedy widzisz zbliżający się powoli grunt, samochody na ulicach robią się większe i większe, a ty powoli, powolutku się zniżasz... I w końcu dotykasz ziemi. Mieszają się wtedy w tobie dwa uczucia: z jednej strony ulga i wdzięczność, że udało się bezpiecznie dotrzeć do wyznaczonego miejsca, z drugiej rozczarowanie, że to już, a ty chcesz więcej. Jest coś takiego w lataniu, że kiedy już pokonasz swój lęk, to czujesz się wolny, jakby wszystkie te ziemskie problemy zostały na dole, a ty możesz cieszyć się tym, co tu i teraz. I jeśli już połkniesz bakcyla latania, to potem nie możesz doczekać się kolejnego lotu, a potem kolejnego... (to się chyba nazywa uzależnienie od adrenaliny).

Lot lotem, jednak kiedy tylko pod nami zaczęły pojawiać się pustynne, suche i przepalone słońcem tereny Hiszpanii, nie mogłam doczekać się chwili, kiedy opuszczę wnętrze samolotu i poczuję ten przyjemny dotyk słońca na skórze (cóż, w lutym pogoda w Polsce nie rozpieszcza, więc byłam słońca mocno spragniona). Kiedy tylko samolot wyhamował i wszyscy ruszyli do wyjścia, moje serducho aż podskakiwało z radości, oczy przygotowywały się na przyjęcie sporej dawki promieni słonecznych, a ja podwijałam rękawy swetra, by ciało mogło rozkoszować się powiewem ciepłego wiatru. I faktycznie, na zewnątrz przywitała mnie fala gorącego powietrza; a wraz z pierwszym krokiem na rozgrzanej płycie lotniska Castellon de la Plana, rozpoczęły się moje wymarzone wakacje.

PUERTO DE SAGUNTO

A teraz, zanim zaczniemy kolejną część wpisu, chciałabym, żebyście odtworzyli poniższą piosenkę:



Właśnie takimi dźwiękami przywitała mnie Hiszpania, bo, po wypożyczeniu samochodu, mieliśmy do przejechania jeszcze ok. 50 kilometrów do miejsca naszego zakwaterowania. Oczywiście Grejs bez muzyki żyć nie może, więc pierwsze, co zrobiła, to uruchomiła radio. Mimo tego, że nie jestem fanką hiszpańskiej muzyki i nie szaleję na punkcie Enrique Iglesiasa czy Alvaro Soler (Solera?), to będąc tam, wszystkie piosenki po hiszpańsku brzmiały inaczej- nawet te lekkie, przesłodzone utwory, za którymi normalnie nie przepadam, tam idealnie dopełniły tego gorącego, beztroskiego klimatu. Jadąc samochodem, rozglądałam się na wszystkie możliwe strony i starałam się zapamiętać każde wzniesienie, każdy dom, każde drzewo. Wszystko było takie nowe, inne, niespotykane: palmy, kaktusy, świetnie zagospodarowane ronda (bo z tego, co zauważyłam, Hiszpanie bardzo lubią bawić się formą i u nich nawet ronda wyglądają jak zaprojektowane przez artystów- każde ma swój charakter, często odnoszący się do historii danej miejscowości). Nie mogłam nacieszyć oczu, chciałam każdą chwilę uwiecznić na karcie aparatu, więc dosłownie nie odrywałam ręki od spustu migawki. W pewnym momencie poczułam jednak wszechogarniające zmęczenie po całym dniu pełnym wrażeń (i pobudce o 5 rano), więc kiedy tylko znalazłam się w mieszkaniu, poczułam ulgę. Szybki prysznic i myk! do łóżka- w końcu musiałam nabrać sił na kolejne dni pełne zwiedzania.

Puerto de Sagunto, czyli miasteczko, w którym się zatrzymaliśmy, okazało się przyjemnym, nadmorskim kurortem, pachnącym owocami morza i samym morzem także. Z racji tego, że udało nam się dorwać mieszkanie znajdujące się dosłownie 200 m od plaży, często zdarzało nam się po plaży spacerować, szczególnie wieczorami, kiedy to palmy owinięte woalem nocy zupełnie zmieniały swój charakter:



Z tymi palmami to jest osobna historia, bo mimo, że na pierwszy rzut oka wszystkie wyglądały tak samo, to jednak każdemu miastu/plaży nadawały zupełnie niepowtarzalnego klimatu. I tak, tutaj widzimy palmy w Walencji (które, dzięki drobnemu zabiegowi zmiany kolorów przypominają trochę te w Miami):


A tutaj palma w doniczce, w porcie (wyglądającym trochę jak Saint-Tropez)



Jednak nie samymi palmami człowiek żyje... Czasem uda się też dopaść (i nielegalnie ograbić) drzewka mandarynkowe/pomarańczowe, w końcu w okolicy Walencji ich pod dostatkiem:



Nie polecam jednak zrywać mandarynek w centrum Walencji (podobno są opryskiwane przez władze miasta), lepiej udać się kilka kilometrów poza granice miasta, by rozkoszować się mandarynkami, jakich w Polsce nie uraczycie (nawet jeśli są oznaczone jako pochodzące z Hiszpanii, to jednak nie to samo). Z tych pyszności powstaje słynny drink Agua de Valencia (w skład którego wchodzi wódka, gin, wino musujące i oczywiście sok pomarańczowy- daje dość mocnego kopa), którego miałam okazję zakosztować w przytulnym lokalu właśnie w Puerto.


Zboczyliśmy jednak odrobinę z tematu, czyli z naszych pierwszych wycieczkowych dni w Puerto de Sagunto. Czas więc teraz na to, co misie (i Grejs) lubią najbardziej, czyli trochę sztuki. Jak już wspominałam (i będę pewnie jeszcze nie raz), Hiszpanie lubią bawić się kolorami, formą i urozmaicać sobie otoczenie. Kilka przykładów:


Śmieszny malunek na ścianie jednego z barów;


Brama wjazdowa przyozdobiona hipisowskim Ogórkiem;


Wariacje na temat paelli (czyli słynnego hiszpańskiego dania, o którym jeszcze wspomnę).

Słynę ze zdjęć przesyconych kolorami, ale to, co zrobiłam ze zdjęciami z Hiszpanii przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Nie potrafię inaczej widzieć Hiszpanii, jak tylko w kolorze (i to jakim! Tylko przesyconym do granic możliwości). I choć czerń i biel też pojawia się na moich fotografiach, to jednak ta kolorowa część dużo lepiej oddaje tamtejszy klimat.

Co mnie jeszcze urzekło w Puerto? Na pewno opuszczone (z niewiadomych przyczyn) osiedle. Jako miłośniczka wszystkiego, co stare i przesiąknięte nieziemską energią, musiałam udać się na eksplorację tamtejszych budynków. Jednak jedyne, co zobaczyłam, to bezdomne koty, pałętające się po pokaźnych rozmiarów, lecz kompletnie niewykorzystanych pustostanach.




Udało mi się jednak uwiecznić niesamowitą korę drzew rosnących wokół osiedla; wyszło trochę abstrakcyjnie; zdjęcia te przydadzą mi się na pewno jako część dyptyku przy sesjach fashion.



Na koniec zagadka: wschód to czy zachód?


Zaspokoję Waszą ciekawość- to wschód. Pewnego dnia wpadliśmy na pomysł, by wybrać się na plażę i nagrać timelapse ze wschodem słońca. Jako że wschód w Hiszpanii wypadał ok. godziny 8, to nie było to tak bolesne jak wstawanie przed 5. Tak więc pierwszy raz w życiu byłam świadkiem wschodu słońca nad morzem i byłam tym faktem tak podekscytowana, że zrobiłam chyba milion zdjęć tego zjawiska (pomimo tego, że wiało strasznie i było mi cholernie zimno). W końcu taka okazja nie trafia się codziennie, prawda?



Tuż przed końcem naszego pobytu w Hiszpanii udało nam się znaleźć prześliczną, dziką plażę. Nie byłabym sobą, gdybym nie zamoczyła chociaż stóp w Morzu Śródziemnym, więc hyc! szybko zdjęłam skarpetki i korzystając z okazji, że temperatura powietrza przekraczała 16 stopni i grzało przyjemne słonko, zanurzyłam stopy w napływającej na brzeg fali. Pewnie myślicie, że woda w lutym nie była zbyt zachęcająca, zaskoczę Was więc mówiąc, że wcale nie było tak źle (w końcu jestem Polką, a Polacy przecież kąpią się w Bałtyku!), co więcej- po pewnym czasie nawet zaczęłam się przyzwyczajać i miałam ochotę na więcej. Zdrowy rozsądek jednak zwyciężył i postanowiłam odłożyć swój romans z Morzem Śródziemnym na następny (tym razem letni) wypad.




Oj, ale długaśny zrobił się ten wpis... A miałam przecież pisać zwięźle. Jednak o Hiszpanii mogę opowiadać i opowiadać bez końca... Tak wielkie wrażenie zrobił na mnie ten kraj. Zdaję sobie sprawę, że część z Was na tę chwilę pewnie już ma dość, część pewnie gdzieś w połowie zgubiła wątek, a jeszcze inni już prawie zasnęli czytając moje wypociny, tak więc po resztę wspomnień zapraszam do wpisu trzeciego, który już niebawem.

Pozdrawiam,
Grejs

Komentarze

  1. Świetna relacja z podróży i śliczne zdjęcia! Zazdroszczę tak wspaniałej przygody. Hiszpania jest przepiękna. Mam nadzieję, że mi również uda się tam kiedyś pojechać :)

    »Mój blog«

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Oj tak, do Hiszpanii chociaż raz w życiu trzeba się wybrać :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Mój 2018- czyli czas na podsumowanie roku według Grejs

Co mnie wkurza jako fotografa

Czego nauczyła mnie... choroba