O tym, jak zakochałam się w krakowskim MOCAKu i znalazłam cel w życiu

Z ogromnym wstydem oznajmiam, że był to mój pierwszy raz...

w galerii sztuki.

Tak, wiem, nie ma się czym chwalić. Z reguły omijam wszelkie muzea i to nie dlatego, że jestem ich przeciwniczką, lecz dlatego, że cena wejściówki czasem nijak się ma do jakości prezentowanych eksponatów. Krótko mówiąc, jest drogo, ale biednie. A jak już jakaś wystawa mnie zainteresuje, to okazuje się, że odbywa się ona na drugim końcu Polski, więc niestety, ale zwykle muszę sobie ją odpuścić, albo oglądać za pośrednictwem ogromnego medium, jakim jest internet. O, no właśnie. Przez internet oglądam wiele ciekawych wystaw, pokazów i zbiorów, jednak takie oglądanie nijak się ma do zobaczenia ich na żywo, o czym przekonałam się, gdy tylko przekroczyłam próg krakowskiej galerii sztuki współczesnej.

Do krakowskiego MOCAKu (z ang. Museum of Contemporary Art) trafiłam przy okazji weekendowego pobytu w Krakowie. Na pomysł zwiedzenia muzeum wpadłam nagle i bez przygotowania, i o mało co bym tego mojego pomysłu nie zaniechała. Ja, jako osoba niezwykle ciekawa świata i zwolenniczka doświadczania wszystkiego, co nowe, musiałam w końcu wybrać się do galerii sztuki, no bo jak to tak- żyć już tyle lat na tym świecie i nie odwiedzić galerii innej niż tylko handlowa? Jednak czasu miałam niewiele, a do zwiedzenia w Krakowie tak dużo. Musiałam więc wybrać: albo zobaczyć to, co mainstreamowe i oklepane, albo wybrać się w miejsce mało uczęszczane i wyjątkowe. Ci, którzy znają mnie dobrze, wiedzą, że był to dla mnie raczej prosty wybór. I tym oto sposobem znalazłam się w muzeum przy ulicy Lipowej.


Muzeum okazało się bardzo przestrzennym, jasnym miejscem- czyli takim, w jakim czuję się najlepiej. Smaczku dodaje fakt, że mieści się ono na terenie dawnej fabryki Oscara Schindlera, o którym ze szczegółami opowiada Spielberg w swoim filmie pt. Lista Schindlera (polecam najpierw obejrzeć film, a dopiero potem się tam wybrać- ja zrobiłam na odwrót i niestety żałuję). Tak naprawdę przed wizytą nie nastawiałam się na fajerwerki, bo hasło "sztuka współczesna" kojarzyło mi się dotąd z obłymi kształtami rzeźb, niezrozumiałymi happeningami i abstrakcyjnymi, a co za tym idzie, totalnie zagmatwanymi obrazami Pollocka. Przyznaję się bez bicia, że nawet ja nie każdy rodzaj sztuki rozumiem i lubię. Zresztą pewnie nie tylko ja. Na pewno widzę więcej niż statystyczny polski obserwator (bo trochę się sztuką w różnej postaci interesuję) ale nie jestem też nie wiadomo jakim krytykiem i nie znam się na wszystkim. Czerpię jednak niebywałą przyjemność z obcowania ze wszystkim, co ma na celu upiększyć ten nudny, szary i okropny świat.

Kiedy teraz próbuję przypomnieć sobie, co dokładnie wtedy czułam, to mam mętlik w głowie, zupełnie jakby to był jakiś sen, zbyt piękny żeby mógł być uznany za prawdziwy. Chodziłam po galerii jak zaczarowana, nikt nie był w stanie wyrwać mnie z transu, w jakim się znalazłam. Kiedy mam do czynienia z jakąkolwiek sztuką, zachowuję się jak obłąkana. Nie żartuję! Przechadzam się w zwolnionym tempie po galerii, inni ludzie mijają mnie szybko, a ja nie zwracam na nich uwagi, tylko stoję, wpatrując się w dzieła, wyszukując szczegółów, analizując poszczególne elementy, zastanawiając się, jaki jest ukryty przekaz. Bo przecież najważniejsze jest "niewidoczne dla oczu". Niektórzy przypatrują mi się z ukosa, jakby zastanawiając się: czego ona tam tak długo wypatruje? Przecież nic tam nie ma. A ja zawsze lubiłam gapić się bezwstydnie na dzieła sztuki. Nie myślcie sobie, że chwalę się jaka to ze mnie nie jest znawczyni sztuki i pseudo artystka. O nie, nie. Zawsze powtarzam, że jestem zupełnie zwyczajna, ale tego mojego zamiłowania do wszystkiego, co oryginalne i związane ze sztuką nikt mi nie zabierze.

Cała ta atmosfera, otoczenie sztuki działało na mnie niezwykle uspokajająco. Czy będzie przesadą, jeśli powiem, że czułam się tam jak u siebie? Czułam, że wszystko jest na swoim miejscu; że nareszcie sposób, w jaki spędzam wolny czas jest taki, jaki powinien być. Że wysysam z każdego dzieła wszystko, co najlepsze. Uczę się, rozwijam, a jednocześnie inspiruję. Żałuję tylko, że miałam tak mało czasu na dokładne przyjrzenie się każdemu dziełu. Może to i dobrze, bo gdybym mogła, to spędziłabym tam cały dzień. A tak, podziwiałam dzieła przez bite 2,5 godziny i wyszłam stamtąd z ogromnym apetytem na więcej. Dostałam złoty strzał inspiracji i całe pokłady jakiejś takiej nieziemskiej energii, która towarzyszy mi do teraz. Chce mi się tworzyć, chce mi się pisać, chce mi się być częścią artystycznego światka. To jednak nie wszystko. Ta wizyta zmieniła trochę mój punkt widzenia i dostarczyła wrażeń tak mocnych, że teraz mam w głowie tylko jeden cel. Jaki to cel niestety się nie dowiecie (wiem, jestem parszywą zołzą), bo zwykłam nie zdradzać nikomu swoich planów przed ich wypełnieniem. Czemu? Po prostu z doświadczenia wiem, że ludzie zbyt szybko wyrabiają sobie o mnie opinię i każda najmniejsza zmiana zdania budzi w nich poczucie zawodu, a poza tym uważam, że chwalić się będę dopiero po tym, jak uda mi się osiągnąć to, co sobie wymarzyłam, nie przed. 

A teraz mam ogromną przyjemność podzielić się z Wami tą maleńką cząstką sztuki, jaką przywiozłam ze sobą z muzeum:

Bardzo romantyczne dzieła Ewy Juszkiewicz


Wariacje na temat dzieł moich ulubionych autorów- Schiele i Podkowińskiego

Bardzo zgrabne połączenie antyku z współczesnością
Ciekawe ujęcie tematu Damy z gronostajem

Cóż, cała ta wizyta wprawiła mnie w upojenie bliskie zakochaniu, zmotywowała i sprawiła, że wreszcie zdobyłam się na odwagę i wyznaczyłam sobie cel, który, choć trudny do osiągnięcia, to jednak niesamowicie kuszący. Mam ogromną nadzieję, że przekazałam Wam trochę tej mojej energii z kosmosu i pozwoliłam choć w najmniejszym stopniu poczuć klimat krakowskiego muzeum. Ja na pewno długo jeszcze będę pamiętać tę wycieczkę, a dzieła artystów zaprezentowane w muzeum będą przelatywać mi przed oczami, dostarczając całą masę inspiracji.

Pozdrawiam,
Wasza (będąca w jednym ze swoich artystycznych nastrojów) Grejs


Komentarze

  1. Też bym się zakochała. Świetne zdjęcia. Dzięki za wycieczkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy, polecam wybrać się tam osobiście, wrażenia niezapomniane! :)

      Usuń
    2. Nie mieszkam w Polsce i w najbliższym 2018 roku nie wybieram się do Krakowa :) Ale nie mogę marudzić, tu gdzie mieszkam też mam interesujące galerie i muzea. Uściśnień krocie.

      Usuń
    3. Ach, rozumiem... Ale skoro masz wokół siebie równie interesujące galerie, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zazdrościć :) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Bardzo ciekawe i intrygujące miejsce :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rekwizyty do sesji zdjęciowych i jak je znaleźć

Chłodny maj, skandynawskie klimaty, Wikingowie i koncert Sóley