Edycja chorobowa

Standardowo jesień przywitała mnie infekcją gardła i przykuła do łóżka na dni kilka. Wiele planów (w tym jedna sesja zdjęciowa) musiało zostać przesuniętych w czasie, bo szanowne przeziębienie musiało pojawić się akurat teraz. Aż chce się zacytować tekst z jednej ze scen z Kilera: a miało być tak pięknie...

Ale co? Że ja nie dam rady? Szanowna chorobo, nie ze mną te numery. Mimo, że ciało odmawia posłuszeństwa, to mózg pozostaje w gotowości i nakazuje wykorzystać te chwile leniuchowania. Nie ma op... się, jakby powiedział Burneika (tak, tak, to ten napakowany gość z YouTube'a). A więc Grejs zamiast odpocząć i zanurzyć się w błogim lenistwie, to obrabia zdjęcia. Nie to, że terminy gonią, tak po prostu, dla przyjemności. W tle jakaś przyjemna muzyczka, jak na przykład ta:


plus ciepły kocyk i można tak w nieskończoność... I nawet choroba przestaje być taka straszna. Brakuje tylko winka (tylko białe!) albo lepiej! drinka o bardzo sympatycznej nazwie Monte (jednego z moich ulubionych ostatnio); ale cóż, każde dziecko wie, że alkohol i leki to nie jest najlepsze połączenie. Więc drink zastępuje ciepła herbatka z miodzikiem (wolałabym kawkę) i mimo, że gardło nie przestaje boleć, ręce pracują jak szalone, bawiąc się suwaczkami w programie graficznym. Obrabianie zdjęć za pomocą touchpada to mordęga, ale jak się nie ma innego wyjścia, dobre i to. 

Na pierwszy ogień idą krajobrazy, bo byłabym kompletną masochistką, robiąc poprawki skóry leżąc z laptopem na kolanach. Oczywiście moje ukochane góry, Bieszczady:


Skąpane w różnych odcieniach niebieskiego, aż nagle w głowie zaczyna grać: I'm blue, da ba dee...



Przyznać się, kto czasem nie nuci sobie tej piosenki? Możecie się śmiać, ale pozostaje ona kwintesencją lat 90. (Millenialsi zrozumieją).

Wracając jednak do zdjęć...

Jako drugie leci zdjęcie jednego z najpiękniejszych i najbardziej bajkowych budynków, jakie widziałam (i nie, nie jest to Zamek w Mosznej):


Odrestaurowany i przerobiony na hotel Pałac w Wojanowie. Nie byłabym sobą, gdybym nie podkręciła trochę kolorów, żeby nadać zdjęciu klimatu rodem z bajek Disneya (myślę, że twórcy nie pogardziliby użyciem takiego pałacyku w swoich animacjach). Ach, od razu wróciły wspomnienia jedynych w swoim rodzaju wakacji, ciepłego, letniego popołudnia... Ale nie będę się tutaj za bardzo rozpływać, na to przyjdzie czas jak przeobrażę się w końcu z zasmarkanego zombie w normalnego (no może nie do końca) człowieka. 

Jako ostatnie, zdjęcie, no właśnie, czego? Jakichś rozmytych kształtów? Co z tą Grejs, co ona chce nam tutaj wcisnąć?


Spokojnie, już tłumaczę.
Jest to zdjęcie, które mimo swojej nieoczywistej natury bardzo mi się podoba. A obrobiłam je głównie dlatego, że nie wymagało zbyt wiele czasu i wysiłku. Kontrast, konwersja do czerni i bieli i pyk! jest. Jest to jeden z eksperymentów, które często ostatnio popełniam, a powstał przez umyślne poruszenie obiektywu. Dzięki temu czubki drzew wyglądają jak strzeliste wieże, a całość przypomina zdjęcie fragmentu jakiegoś miasta. No nic nie poradzę, że ja lubię takie dziwadła, a im bardziej nienormalne zdjęcie, tym bardziej mi się podoba.

Taka to była moja chorobowa edycja zdjęć (pewnie do tej pory zastanawialiście się, o co chodzi z tytułem posta). Niestety przy trzecim zdjęciu choroba wzięła górę i zaprosiła w objęcia Morfeusza, tak więc ja już się zwijam i życzę dobrej nocy wszystkim.

PS W sumie to cieszę się, że idzie jesień. Mam wrażenie, że te wszystkie grube swetrzyska czekają z utęsknieniem, by je włożyć, moje brązowe botki już szykują się na spotkanie z jesienną pluchą, a wszystkie książki, których nie miałam czasu przeczytać na spędzenie ze mną wieczoru. O jesieni, przybywaj!

Komentarze

  1. O jesieni, przybywaj - powtórzę za Tobą. Też nie mam nic przeciwko jesieni.
    Twoje zdjęcia są cudowne. To ostatnie, kiedy już zrozumiałam, co przedstawia, też mi się spodobało. Bardzo oryginalne i interesujące.
    Ze mną też kiedyś tak było, że co jesień byłam chora. Zawsze wykorzystywałam ten czas na zaległości lekturowe. Teraz jakoś jakby mi odeszło to sezonowe chorowanie, czy coś? Oby.
    Zdrowiej. Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wielkanoc bardzo po mojemu, czyli Easter is coming!

Co mnie wkurza jako fotografa