Tamte dni, tamte noce, czyli miłość w cieniu drzewa morelowego

Nie ma chyba w języku polskim jednego słowa, które mogłoby określić ten film. Myślę o nim w kategoriach PIĘKNY, bo piękne było w nim wszystko: muzyka, zdjęcia, dialogi, emocje; jednak nie sądzę, że słowo PIĘKNY oddaje choć trochę klimat tego filmu.


Tamte dni, tamte noce (a właściwie Call me by your name- angielski tytuł bardziej do mnie przemawia) w reżyserii Luki Guadagnino to magiczny poemat miłosny o relacji dwojga mężczyzn rozgrywający się podczas lata 1983 roku we Włoszech.



AKTORSTWO

Już sam fakt, że aby zagrać miłosne uniesienia dwójki mężczyzn trzeba być kimś cholernie utalentowanym i pozbawionym jakichkolwiek psychicznych barier sprawia, że aktorzy zasługują na brawa. Nie wnikam czy byli to aktorzy heteroseksualni czy nie, ale odwalili kawał świetnej roboty. Początkowo bałam się, że sceny erotyczne mnie przytłoczą, jednak wszystko zostało podane w bardzo wyważony sposób- zmysłowo i ze smakiem. Miłość jest tutaj wartością nadrzędną i nieważne, czy jest to uczucie zaistniałe między mężczyzną a mężczyzną, czy między kobietą a mężczyzną. To nie ma znaczenia, miłość zawsze pozostaje taka sama, uniwersalna.

Tak naprawdę w tym filmie pierwsze skrzypce grają główni bohaterowie i ich wspólna relacja, to, w jaki sposób obaj do niej dojrzewają; inni pozostają tłem, choć końcowa przemowa ojca staje się clusterem całego dzieła, jego głównym przesłaniem ujętym w słowa. Akceptacja i zrozumienie, jakie okazuje on synowi, jest jak balsam na zszarganą przez wcześniejsze wydarzenia duszę. Mimo, że reszta postaci nie wybija się na pierwszy plan, to jednak nikt nie jest przezroczysty, każdy ma określony charakter i staje się dopełnieniem całości. Co by jednak nie mówić, na szczególną uwagę zasługuje kreacja Timothéego Chalameta- młodziutkiego aktora, odtwórcy roli Elio, który w tym jednym jedynym filmie pokazał więcej niż niektórzy aktorzy przez całą swoją karierę. Ogrom uczuć pojawiających się na jego twarzy w trakcie ostatniej sceny przy kominku, świadczy o niesamowitej umiejętności zatopienia się w swojej postaci i niezwykłej świadomości swojej własnej mimiki. Nie możemy też pominąć Armiego Hammera, który kształtuje swoją postać bazując na detalach: urywanych oddechach, westchnieniach, ukradkowych spojrzeniach, nieśmiałych uśmiechach i przypadkowych dotykach; w rezultacie to wszystko razem tworzy profil mężczyzny, który zdolny jest do wielkich czynów, jeśli w grę wchodzi miłość.

Wielką zaletą filmu są też umiejętnie napisane dialogi, w pamięć zapada bez wątpienia scena rozmowy obu bohaterów przy pomniku- można by nawet posilić się o stwierdzenie, że jest to dialog zabarwiony nutką egzystencjalizmu. Cały film obfituje w takie smaczki, a cytatami z filmu można by upajać się bez końca.



ZDJĘCIA

Klimat prowincjonalnych Włoch, odgłosy wróbli przelatujących nad miasteczkiem, szum liści, plusk wody i blask słońca. Każda ta rzecz jest tutaj idealnie odwzorowana i ma swoją rolę. Każdy kadr bez wyjątku przywołuje na myśl idyllę letniego wypoczynku. Dobrze, że obejrzałam go właśnie teraz, kiedy Polska pod względem długości dnia przypomina trochę Islandię, a o lecie wszyscy już dawno zapomnieli. Oglądając, ma się wrażenie, że jest się w tym samym miejscu co bohaterowie, że razem z nimi celebrujemy letni czas leżąc pośród traw, jeżdżąc rowerem wiejską ścieżką, pływając w przydomowym basenie czy czytając ulubioną lekturę wygrzewając się w słońcu. Wręcz czuje się lato, wypływające z każdego zakątka obrazu.

Gdyby ktoś zapytał mnie, jak wyobrażam sobie idealne wakacje, pokazałabym mu ten film; tutaj reżyser zabiera nas do słonecznej Italii, jednocześnie docierając do naszych najskrytszych pragnień i ocierając się o nie lekko, tak jak letni wiatr ociera się o naszą skórę, pobudza nasze zmysły i pomaga wspólnie z głównymi bohaterami zatopić się w świecie pełnym dyskretnych gestów, niewypowiedzianych słów, duchowych przeżyć i niekończącego się lata.




MUZYKA/SZTUKA

Klasyczne utwory jeszcze bardziej podkreślają dramaturgię danej sceny, a tutaj pozwoliły nam na zaangażowanie wszystkich zmysłów, więc nie tylko oko raduje się z każdego wyważonego kadru, ale także ucho docenia wrażliwość dźwięków. Każdy utwór dobrany jest znakomicie; mieszanka muzyki klasycznej i współczesnej nie sprawia wrażenia kiczu, wręcz przeciwnie, jest dopełnieniem sytuacji, w jakiej znajdują się w danej chwili bohaterowie. Muzyka jest tutaj medium pomiędzy widzem, a postaciami; pomaga nam zrozumieć, co dzieje się w ich głowach i sercach (a może przede wszystkim w sercach). Co więcej, ścieżka dźwiękowa w idealny sposób oddaje klimat lat 80.- lecz nie jest to klimat lat 80., który wszyscy znamy i lubimy- tutaj nie jest on tak przytłaczający i krzykliwy, ale spokojny, nieśpieszny i bardzo kuszący, aż chce się do tych lat wracać i razem z bohaterami przeżyć to jeszcze raz.

Właściwie cały film jest przepełniony odniesieniami do różnych dziedzin sztuki, nie tylko muzyki- Elio przepisujący utwory muzyczne i grający na pianinie, matka czytająca Heptameron, ojciec odnajdujący zabytkowe rzeźby; każdy tutaj przejawia szczególny rodzaj zainteresowania sztuką, a cała rodzina żyje w jedynej w swoim rodzaju bohemie, pośród półek pełnych książek i starożytnych rzeźb. To właśnie zazwyczaj mnie w filmach ujmuje- że film staje się mieszanką kultury, sztuki i rozrywki; że po jego obejrzeniu pobudzony i mile połechtany jest każdy zmysł; że ma się wrażenie, że najwyższa potrzeba odczuwania piękna jest zaspokojona.



Ten film udowadnia, że miłość jest uniwersalna, a dojrzewanie w cieniu drzewa morelowego dużo bardziej fascynujące. Pokazuje on jak łatwo jest zatracić się w drugiej osobie, jak cudownie jest znaleźć się w jej ramionach, kiedy cały świat jest przeciwko nam, jak wielką przyjemność sprawia samo wypowiadanie imienia ukochanej osoby. Nie potrzeba wtedy nic więcej, ta osoba staje się centrum naszego wszechświata, a rozstanie choćby na minutę to niewyobrażalne cierpienie dla duszy. Nareszcie film, gdzie miłość odbierana jest zmysłowo, a sztuka, muzyka i literatura są dla niej najlepszym dodatkiem. Właśnie tak wyobrażam sobie życie idealne, w którym miłość i sztuka idą w parze i uzupełniają się wzajemnie, jak dwoje kochanków.

Call me by your name pozostanie już zawsze dla mnie wyjątkowy, będę do niego wracać tak często, jak tylko będę mogła i tak często, jak pozwoli mi na to moja wyjątkowo wrażliwa psychika, bo jest to jeden z filmów, który potrafi w nas wyzwolić najbardziej wzniosłe emocje, które później niełatwo jest z powrotem zatopić gdzieś w sobie. Jest to dzieło, w którym ogrom emocji wylewających się na widza, jest tak przytłaczający, że budzi w nas nasze przez lata głęboko utajone słabości, wspomnienia i sentymenty, które w końcu wybuchają, powodując niemałe wzruszenie.



Komentarze

  1. Chyba nie dla mnie. Akceptuję takie związki, ale jakoś na filmach oglądać tego nie mam ochoty. Ale to raczej sprawa indywidualna :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślałam, dopóki nie obejrzałam tego filmu; tutaj wszystko podane jest w bardzo wysublimowany sposób, a miłość ukazana jest jako uniwersalna. Ale nie zmuszam do obejrzenia, tak jak powiedziałaś, to kwestia indywidualna.

      Usuń
  2. Na ogół nie oglądam filmów, bo uważam że to strata czasu, ale tym mnie zainteresowałaś :) Może kiedyś się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przepadam za takimi filmami, wolę kino akcji :) Niemniej opinia napisana bardzo wnikliwie i rzetelnie! Świetna robota.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Mój 2018- czyli czas na podsumowanie roku według Grejs

Co mnie wkurza jako fotografa

Czego nauczyła mnie... choroba