Gdy ci smutno, gdy ci źle, weź zdjęcie (z wakacji), obejrzyj je!

Czyli jaki jest najlepszy sposób na chandrę? Wspomnienia! Ale nie byle jakie: tylko chwil, które były dla nas wartościowe, szczęśliwe, chwil, które sprawią, że znów poczujemy ten wakacyjny żar i promienie słońca na skórze. 

Więc gdy ta suka zima już na dobre wżarła ci się w kości i nie chce odejść, ja mam sposób, żeby skutecznie ją wypędzić. Przyłączysz się do mnie?



Dziwicie się zapewne, czemu jako pierwsze ląduje zdjęcie nie z wakacji, a jesieni właśnie, ale powiem Wam tylko tyle, że dla mnie wakacje trwają dopóty, dopóki temperatura powietrza nie spadnie nagle poniżej 15 stopni, a słońce pójdzie sobie na urlop trwający czasem nawet do wiosny przyszłego roku, ustępując miejsca deszczowi, wichurom i całej tej ekipie, która króluje od listopada do marca.

Podobno Bieszczady najpiękniejsze są jesienią, więc czemu by tego nie sprawdzić na własnej skórze? Cóż, jak powiedziała, tak zrobiła. Ale co z tą skórą? Ano skóra zadowolona była nieziemsko, bo jesienne słoneczko, mimo że już odrobinę osłabione, wciąż jeszcze grzało z całych sił i mile pieściło lekko już wyblakłą skórę po wakacjach. Pewnie nie zdziwi Was stwierdzenie, że faktycznie jest tak, jak mówią- Bieszczady jesienią zachwycają w zupełnie odmienny sposób. Szlaki przetarte przez liczne wakacyjne towarzystwo są jakby spokojniejsze, jakby chciały wreszcie odpocząć od tupotu tysięcy stóp i przygotować się do zimy. Owszem, kilkoro turystów wciąż odbywa liczne wędrówki wśród najwyższych szczytów, pozdrawiając się słynnym i jakże uskrzydlającym "cześć". Liczne wrzosowiska i połoniny pokrywają się już feerią jesiennych barw i nie są to bynajmniej barwy typowe dla jesieni w centralnej Polsce, o nie! Tutaj dominuje palony brąz, burgund i kamienna zieleń- kolory dostępne tylko w Bieszczadach. Mimo mocno wybijającej się na pierwszy plan jesieni,  wciąż jednak można naciąć się na burze, co spotkało także i mnie, a zdjęcie powyżej jest tego najlepszym dowodem. Pewnie przyjdzie Wam teraz na myśl stwierdzenie: kto normalny i trzeźwo myślący wybiera się w góry, kiedy nadciąga burza? Otóż nikt, i ja też do tej grupy nie należę, jednak góry, jak to góry, zaskakują nie tylko swoim majestatem, ale też nieprzewidywalnością pod względem pogody właśnie. Tak więc burza zaskoczyła mnie znienacka i odrobinę przestraszyła, jednak postanowiłam ułaskawić ją troszkę robiąc powyższe zdjęcie. Po tym niespodziewanym pstryku, grzmoty ucichły, wiatr się uspokoił, jedynie tylko deszcz pokropił mi troszkę na obiektyw, jakby wciąż starając się mnie nastraszyć, a może chciał po prostu odrobinę się ze mną podroczyć? Potem jednak, gdy zeszłam troszkę niżej, nastąpiła chwila totalnej ciszy, jakby ktoś założył szklany klosz na szczyt i co najważniejsze, ta chwila trwała akurat tyle, by umożliwić mi zejście ze szlaku i wejście do samochodu, po czym zmieniła się w ulewę i trwała już do końca dnia. Po całym zdarzeniu pomyślałam sobie, że jednak mam ogromne szczęście i ktoś tam na górze wciąż nade mną czuwa. 

Wiecie, że mam tendencję do pisania zbyt długich postów, a jeśli chodzi o Bieszczady mogłabym pisać i pisać bez końca. Zakończę więc moją tyradę na ten temat kilkoma wnioskami z tej wycieczki. Po pierwsze: Bieszczady nigdy mi się nie znudzą, zawsze chętnie będę tam wracać. Po drugie: ilekroć wracam myślami do tamtych chwil, przed oczami mam właśnie powyższe zdjęcie i sytuację z burzą. Po trzecie: to zdjęcie działa na mnie jak balsam, gdy za oknem zima przeokropna pogrąża cały świat w bieli. Nie jest to jednak jedyne zdjęcie, które tak na mnie działa...


Drugim jest zdjęcie zachodu słońca nad Żwirownią Wojanów, wykonane dosłownie kilka minut przed zniknięciem słońca za horyzontem. Lubię to zdjęcie, bo dzięki spokojnej powłoce wody udało mi się tutaj uzyskać efekt symetrii. A jak wiecie, ja uwielbiam wszystko co równe i idealne (perfekcjonizm, perfekcjonizm). Pewnie wiecie też, że do tej pory myślałam o sobie głównie jako o fotografiku portretowym i zdjęcia krajobrazowe mi kompletnie nie leżały i nie wychodziły. Podczas tych wakacji jednak odkryłam w sobie duszę fotografa- podróżnika i zaczęłam patrzeć inaczej na otaczające mnie widoki. W poszukiwaniu odpowiedniego kadru kaleczyłam sobie nogi, brudziłam kolana i moczyłam ubrania, jednak nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo fotograficznie/artystycznie wyżyta. I powyższe zdjęcie jest dla mnie szczególnie ważne, bo  okazało się przełomowe w moim dotychczasowym dorobku zdjęciowym. Poza tym przypomina mi szczególny dla mnie czas i szczególną dla mnie osobę, o czym wspominałam już w tym poście.


Zdjęcie numer 3, wykonane już nie przeze mnie, z pewnej majowej wycieczki w góry. Wycieczkę tę zapamiętam na długo głównie ze względu na pewne niecodzienne i zaskakujące wyznanie, ale nie tylko dlatego; jest to jedno z niewielu zdjęć, na którym uśmiecham się tak szczerze, a wynika to tylko z faktu, że byłam tutaj ogromnie szczęśliwa. Nie jestem bardzo wymagająca, do szczęścia nie potrzeba mi wiele, a tutaj miałam właśnie to wszystko. Patrząc na to zdjęcie tęsknię już za wiosną, za zielenią traw, za górskimi wędrówkami. Zimo, wciąż tu jesteś? Mam nadzieję, że to zdjęcie to będzie kombo, którym wykopię cię z naszego kraju na dobre (a przynajmniej na kilkanaście miesięcy).

A na koniec jeszcze jedno zdjęcie (a właściwie screen), z pewnego miejsca, do którego już za chwilkę, chwileczkę się udam. Mam nadzieję, że uda mi się odpocząć od polskiej zimy; mam zamiar nałapać tyle witaminy D, ile się da, zjeść tyle lodów, ile się da i przestać myśleć o dotychczasowych problemach. Trzymajcie za mnie kciuki, bo będzie to mój pierwszy lot samolotem i pierwsza moja wizyta w kraju, do którego zawsze chciałam jechać. Obiecałam sobie, że przestanę przejmować się na zapas i zrobię wszystko, by uczynić tę podróż niezwykłą. A po moim powrocie przygotujcie się na ogromny spam z mojej strony, bo nie omieszkam Wam wszystkiego opowiedzieć!


Tak więc, jak to mówią: BON VOYAGE i widzimy się po powrocie!

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Mój 2018- czyli czas na podsumowanie roku według Grejs

Co mnie wkurza jako fotografa

Czego nauczyła mnie... choroba