Suspiria nie taka straszna, jak ją malują, czyli osobiste spostrzeżenia po seansie

Właściwie o Suspirii pisać nie zamierzałam; pisanie recenzji nie kręci mnie już tak, jak kiedyś, jednak moja silna potrzeba do dzielenia się spostrzeżeniami na temat filmów wzięła górę, tym bardziej, że mowa o dziele, obok którego nie można przejść obojętnie i zostawić go tak po prostu samemu sobie; ot, po seansie wyjść z kina i zająć się bieżącymi sprawami. Z drugiej strony opuszczając salę kinową nie doświadczyłam uczucia "wchodzenia w inny wymiar" jak ja je nazywam, czyli takiego zatopienia się w fabule i klimacie, po którym nie da się wrócić do rzeczywistości, bo wciąż żyje się światem przedstawionym w filmie. Suspiria okazała się filmem zupełnie nie w tym stylu. Jako że jestem świeżo po seansie i wrażenia, odczucia i skojarzenia wciąż jeszcze we mnie żyją, jest to najlepszy czas na napisanie kilku słów na temat filmu.



Na Suspirię naszła mnie ochota tuż po zobaczeniu, co by nie mówić, świetnie zmontowanego trailera, zupełnie przypadkowo, przed innym seansem (dość często ostatnio chodzę do kina). Krótka sekwencja scen zadziwiająco szybko mną zawładnęła i ani się obejrzałam, a już zaklasyfikowałam go jako film pod tytułem "umrę jak nie zobaczę". Jako człowiek wykorzystujący głównie zmysł wzroku i mający ten wzrok nakierunkowany na piękne obrazy, to, tak jak możecie się domyślić (bo w moim przypadku zdarza się to niesamowicie często) wrażenie zrobiły na mnie oczywiście zdjęcia. Nie zniechęcił mnie nawet fakt, że film uznano za horror; takim kadrom nie przepuszczę. Horrorów generalnie nie oglądam, nie dlatego, że boję się potem w nocy wysunąć nogi spod kołdry (no dobra, trochę się boję) czy miewam koszmary, ale dlatego, że bardzo często sceny nienaturalnie wykręconych ciał i porozrzucanych części ciała sprawiają, że efekt jest odwrotny do zamierzonego, czyli zamiast umierać ze strachu, ja zwyczajnie... umieram, ale ze śmiechu.

I Suspiria też w pewnym sensie mnie rozbawiła, choć na pewno nie to mieli na celu twórcy filmu, ale nie po to piszę tutaj o filmie, żeby już we wstępie zdradzić wszystkie szczegóły, dlatego śmigajcie niżej, gdzie czeka na Was recenzja podzielona na różne aspekty (bo tak jakoś bardziej lubię).

Aktorstwo

Tildy Swinton nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Od lat pozostaje ona jedną z moich ulubionych aktorek, ze względu na swoją nieoczywistą naturę i umiejętność zagrania dosłownie każdej postaci. Tutaj zaimponowała mi jeszcze bardziej (o ile to w ogóle możliwe) grając rolę staruszka- psychiatry, który stara się odkryć tajemnicę słynnej berlińskiej szkoły baletowej. Przyznaję się zupełnie dobrowolnie, że nie poznałam jej pod toną charakteryzacji (za charakteryzację oczywiście należą się brawa) i odbierałam tę postać jako zupełnie odrębną. To charakterystyczne "r" w wymowie, ruchy typowe dla osoby w podeszłym wieku i męskie zachowania totalnie mnie zmyliły, a żeby mnie zmylić trzeba się naprawdę postarać. I Tilda postarała się, a jakże! W roli sadystycznej nauczycielki tańca odnalazła się równie dobrze. Bo kto, jak nie Tilda lepiej pasuje do roli wiedźmy? 
Za to w Dakocie Johnson jestem zakochana od czasów premiery Greya (nawet bardziej niż w odtwórcy roli Greya). Jako że nie jestem typem kobiety, która zaczytana w Greyu w głowie układa sobie swoje seksualne fantazje, tym samym obejrzałam tylko pierwszą część, głównie z ciekawości i potrzeby próbowania wszystkiego, co nieznane (TU możecie przeczytać moje spostrzeżenia po seansie).  I tak, Dakota mimo swojej ślamazarności związanej z odgrywaną postacią, od razu mi się spodobała, a jako że częściej zwracam uwagę na kobiecą urodę niż męską, większą przyjemność sprawiało mi wgapianie się w nią niż na obnażoną klatę Jamiego Dornana. A tutaj, w burzy rudych włosów i strojach z lat 70. wygląda jak bogini (no raczej). Moją uwagę przykuła też Mia Goth, przez wielu uważana za kobietę wątpliwej urody, dla mnie była uosobieniem idealnej modelki- ile ja bym oddała, żeby ktoś taki stanął przed moim obiektywem! Taka już moja natura, że podobają mi się rzeczy (i osoby, może przede wszystkim osoby) przez większość uważane za, krótko mówiąc, brzydkie. Ale! O aktorstwie miała być mowa, nie o fizis odtwórczyń głównych ról. No to słów kilka o aktorkach drugoplanowych- jakie to były fajne kobiety! Fajne, w moim mniemaniu znaczy tyle, co charakterne, mocne, konkretne. Mamy tu nawet pewien polski akcent- bo w obsadzie pojawia się jedna z najlepszych polskich modelek- Małgosia Bela. Modelka- wzór, można powiedzieć, weteranka w swoim zawodzie, lubiana przeze mnie już za dzieciaka. Bardzo ciekawa twarz. Jednak żeby nie było za słodko, to teraz trochę o Chloe Grace Moretz, która zapowiadała się naprawdę nieźle (kiedyś ją lubiłam), tak teraz wydaje się wkurzająca i totalnie mdła, nudna. Pomimo tego, że gra tutaj jedynie epizod, to jednak jakoś nie mogłam się do niej i jej aktorstwa przekonać. Czemu nie opiszesz żadnej postaci męskiej, spytacie? Cóż, tak jakoś się złożyło, że film ten zdominowały kobiety i to one grają pierwsze skrzypce (nie żeby mi to przeszkadzało, wręcz przeciwnie), więc sorry chłopaki, tym razem jestem zmuszona was pominąć.





Muzyka/ Zdjęcia 

Zdjęcia... pierwsza rzecz, na którą zwracam uwagę w filmie, teledysku, wszędzie właściwie... I tutaj to głównie zdjęcia zrobiły robotę (tzn. przekonały mnie, żebym zapłaciła te 25 zł i poszła do kina). I faktycznie, są bardzo dobre (szczególnie urywki snów bardzo działają na wyobraźnię). Sama kolorystyka i klimat lat 70. robią swoje. O modzie nie wspomnę, bo sukienkę Dakoty ze sceny w pubie chętnie bym przygarnęła (piękna), bo, jak wiecie, uwielbiam ten okres w modzie (TU więcej o tej mojej fascynacji). Poza tym zdjęcia w rodzinnej miejscowości Suzie, takie wiejsko- sielankowe, a może nawet trochę niepokojące i demoniczne, podobnie jak obraz Granta Wooda (tak mi się skojarzyło) i detale, detale, detale! Dłonie, wstążki, warkocze, części ubioru- mimo, że wielu uzna je za niepotrzebne wstawki, to mają one jednak ogromną siłę przekazu.
Co do muzyki, to Thom Yorke jak zwykle nie zawodzi. Kiedy tylko usłyszałam, że to on tworzy muzykę do filmu, wiedziałam, że to będzie dobre. Dźwięki typowe tylko dla niego, jednak tak bardzo oryginalne- idealnie dopełniły całość i pozwoliły na odbiór filmu nie tylko zmysłem wzroku, ale i zapewniły ciekawe wrażenia słuchowe.



Fabuła

Tu zaczynają się schody, bo o ile pierwsza połowa filmu faktycznie zachwyca i wprowadza nas w niepokojący klimat (wiecie, szaro-bury Berlin lat 70.), jest tajemnica, jest podróż w nieznane; to w drugiej reżyser uraczył nas niestety scenami typowymi dla horroru klasy B. Fajnie to wszystko się zapowiadało: niewinna rudowłosa dziewczyna podążając za swoimi marzeniami wyjeżdża do słynnej szkoły baletowej, w której jednak nie wszystko jest tak, jak powinno. Ukradkowe spojrzenia, nieśmiałe uśmieszki, sekret, który skrywają wykładowczynie, nieodgadnione kształty i cienie czające się za rogiem, piękne kobiety i polityczne rozgrywki w tle. Do tego czarna magia i okultyzm wręcz wylewające się z tego filmu na widza, powodujące dreszcze na całym ciele. W pewnym momencie nawet skojarzyło mi się to wszystko z Mistrzem i Małgorzatą i nawet podświadomie miałam nadzieję na podobny finał. Nie doczekałam się jednak, bo na finale nie wiedziałam co myśleć i siedziałam lekko zażenowana. Fabuła rozwija się niespiesznie, wszystko powoli nabiera sensu, już myślisz, że to to, a tu nagle bach! i wszystko znów wraca na poprzednie tory, czyli już niczego nie jesteś pewien. Z reguły takie plot twisty mi nie przeszkadzają, ale tutaj twórcy popłynęli (i to grubo) psując tym samym cały klimat filmu. A miało być tak pięknie, miał być mocny horror, przeładowany chorymi wizjami i budzący w nas niepokój, zamiast tego wyszła jednak...


Groteska, czyli dlaczego było śmiesznie i jak jedna scena potrafi zepsuć cały film
No właśnie, a teraz przyszedł czas na to, na co wszyscy czekacie, czyli wytłumaczenie, dlaczego tak poważny i uznawany za straszny film mnie tak bardzo rozbawił. Otóż, Moi Drodzy, jestem już chyba za stara na to, żeby scena poskręcanego nienaturalnie ciała i członków powyginanych pod różnymi kątami robiła na mnie jakiekolwiek wrażenie. W trakcie tej sceny mimowolnie się roześmiałam, za co przepraszam wszystkie osoby na sali kinowej (na szczęście nie było ich wiele), ale coś takiego u mnie po prostu nie przejdzie. Może był to ukłon w stronę filmu z bodajże 77 roku, (niestety nie oglądałam) kiedy takie zabiegi jeszcze robiły na kimś wrażenie, ale w obecnych czasach większy lęk budzą w nas dwie kreski na teście ciążowym albo potrzaskany ekran Iphone'a, niż powykręcane ciało. Właściwie źle mówię- nie powinnam wypowiadać się za wszystkich- to we mnie budzą większy lęk powyższe rzeczy. To po pierwsze. Po drugie- scena ostatecznej rozgrywki, czyli sabatu. Wszystko byłoby ok, gdyby nagle komuś nie zachciało się sfilmować latające wokoło urwane głowy i hektolitry krwi. Wyszło niestety tanio i mimo, że lubię wszystko, co dziwne i niewytłumaczalne (w tym także groteskę) i nie tak łatwo potocznie mówiąc "zryć mi banię", to jednak tutaj scenarzystom się udało. I to niestety nie w taki fajny, pozytywny sposób. I kiedy już miałam wyjść z kina pełna podziwu dla tego dzieła, ta jedna scena zepsuła mi cały odbiór i zrujnowała wypracowany wcześniej  przez reżysera wysoki poziom. Szkoda.

Tak więc w moim mniemaniu Suspiria wcale nie była tak straszna, jak ją wszyscy malowali (albo reklamowali). Nie można jej jednak odmówić świetnych zdjęć, obsady i muzyki. Moja ocena w tym wypadku to 6/10, czyli jednak jestem lekko zawiedziona, choć doceniam trud twórców włożony w powstanie tego filmu i całą formę, jednak nie przekonuje mnie treść. Cóż, jeszcze się taki nie urodził, co by Grejs dogodził :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mój 2018- czyli czas na podsumowanie roku według Grejs

Co mnie wkurza jako fotografa

Czego nauczyła mnie... choroba